To eksplozja bólu, frustracji i upokorzenia ludzi, którym odebrano wszystko i których zapędzono do kąta. Władze w Pekinie padły ofiarą skuteczności własnych mechanizmów represji, które miały zapewnić tam spokój. Obsadzili Chińczykami wszystkie stanowiska w tybetańskiej administracji. Dziś w Lhasie nie ma już nikogo, kto cieszyłby się autorytetem i kogo tłum by posłuchał.
Demonstracje to protest przeciwko obecności Hanów, ludności chińskiej, która stanowi dziś większość mieszkańców Lhasy, a także przeciwko tłumieniu wolności religijnej i odcinaniu buddystów od ich przywódcy Dalajlamy.
Niewykluczone jednak, że piątkowy wybuch w Lhasie był sprowokowany przez samych Chińczyków, którzy wykorzystali narastającą frustrację samych Tybetańczyków. Świadczyć o tym może dziwna bierność policji przez kilka godzin. Może władze chciały mieć pretekst do spacyfikowania Tybetańczyków na kilka miesięcy przed sierpniowymi igrzyskami, unikając dzięki temu wybuchu w trakcie olimpiady albo tuż przed nią.
Źródło: Gazeta Wyborcza
